Dlaczego tak trudno schudnąć?

with 2 komentarze

Dlaczego tak trudno utrzymać prawidłową wagę ciała?

Piszę do was prosto z serca, bo temat jest mi bardzo bliski.

Żyję na tym świecie już ponad 40 lat i – jak większość znanych mi kobiet – co najmniej kilka razy w życiu się odchudzałam. Z różnym skutkiem.

Nie jestem gruba. Nie mam zaburzeń odżywiania. A mimo to, wiele wiem o męce bycia na diecie, liczenia kalorii, indeksów glikemicznych, codziennego ważenia się z nadzieją, że się schudło, mierzenia ciała w każdym możliwym, potencjalnie tłustym miejscu, porównywania się z modelkami.

Wiem, co to dieta 1000 kalorii, kopenhaska, Montignaca. Znam ćwiczenia siłowe, aerobowe, callanetics, TBC, aerobic, Pilates, znam też zestawy ćwiczeń Chodakowskiej.

Nie oznacza to bynajmniej, że jestem chuda. Moja figura mieści się gdzieś pomiędzy tymi dwiema skrajnościami. Może z powodu doświadczeń wyżej wymienionych, a może pomimo ich. Oczywiście, wiem także, co to jest efekt jo-jo.

 

Nie będę pisać ci o tym, jak schudnąć, ponieważ sprawa jest banalnie prosta: należy mniej jeść, a więcej ćwiczyć! Jako psychologa najbardziej fascynuje mnie to, dlaczego ta banalna zasada jest tak trudna do zrealizowania, a zwłaszcza: dlaczego tak trudno utrzymać prawidłową wagę?

 

Zwróć uwagę, że nie piszę tu o wadze idealnej, bo nie ma czegoś takiego. Prawidłowa waga oscyluje w granicach dość szerokiej normy. Nie każdy musi być szczupły, niektórzy najlepiej się czują, gdy są przy kości, lecz zarówno nadmierna chudość, jak i nadmierna otyłość są zagrożeniem dla zdrowia i życia.

Przejdźmy jednak do rzeczy.

 

Jedzenie jako sposób na zaspokajanie innych potrzeb

 

Teoretycznie jedzenie jest po prostu paliwem dla organizmu, a ludzie jedzą po to, żeby przeżyć.

Niestety – dla tych, którzy próbują schudnąć, a jednocześnie – na szczęście – dla smakoszy, jedzenie jest czymś zdecydowanie ważniejszym.

Zaspokaja ono bardzo wiele różnych potrzeb: psychologicznych, seksualnych, bezpieczeństwa, akceptacji i przynależności, uznania i samorealizacji. 

Nie ma chyba takiej potrzeby, której nie można byłoby zastępczo zaspokoić jedzeniem. Jedzenie pomaga także radzić sobie z trudnymi emocjami.

I z jednej strony oczywiście dobrze, że rozzłoszczony człowiek rzuci się na czekoladki zamiast na drugiego człowieka, jednak  ta funkcja jedzenia zdecydowanie utrudnia nam utrzymanie kontroli nad ilością i jakością spożywanych pokarmów.

Reklamy jedzenia

 

W telewizji, na billboardach, w Internecie roi się od reklam jedzenia. Najczęściej reklamowane są batoniki, słodkie napoje, fast food i piwo. Woda – rzadziej. Sałata – nigdy.

Reklama jest dźwignią handlu i nie ma co rozpaczać, że istnieje, warto natomiast zwrócić uwagę na przekazy reklamowe związane z jedzeniem.

Batoniki często są reklamowane jako wartościowy posiłek, np. jako drugie śniadanie. Reklamodawcy wmawiają nam, że batonik ma tyle wapnia, co szklanka mleka.

Fast foody reklamuje się w klimacie spotkań rodzinnych, przyjacielskich, działania łączącego grupę.

Piwo – jako symbol wspólnotowości, męskości, polskości – obowiązkowe dla prawdziwego kibica!

Słodki, brązowy napój w okolicach Bożego Narodzenia urasta do symbolu świąt. I tak dalej, i tak dalej.

To tylko przykłady. Chodzi mi o to, by pokazać wam, jak wiele wirtualnego jedzenia jest wokół nas (w postaci obrazów i słów) i jak mocno pracują reklamodawcy nad tym, żeby wywoływać w nas pozytywne skojarzenia. Aby wzbudzić w nas potrzebę kupienia danego batonika czy napoju.

 

Obfitość jedzenia

 

Jednak sama reklama niczego by nie zdziałała, gdyby tych produktów w sklepach nie było. Oczywiście są. Mało powiedziane, że są. Batoniki, soki, piwo, słodkie i słone przekąski wylewają się ze sklepowych półek!

Wiele z nich znamy z reklam, mają piękne opakowania, na wielu napisane jest „fit”, „eko”, „bio”, „bez cukru”, więc kupujemy, bo w ten sposób możemy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – zjeść coś słodkiego bez wyrzutów sumienia.

Obecnie na tej naszej potrzebie chyba najczęściej bazują producenci przekąsek.

 

I nie chcę przez to powiedzieć, że ludzie są głupi, bo kupują batoniki. Absolutnie nie – chcę przez to powiedzieć, że nawet bardzo rozsądny i inteligentny człowiek może ulec sile reklamy, ponieważ stoi za nią sztab specjalistów.

Poza tym, czy zdarza wam się czytać skład na opakowaniu batoników? Wiadomo, że powinniśmy. Jednak nie bez powodu jest on umieszczony pod zgrzewem opakowania, a wielkość czcionki wymaga użycia lupy. No i kto z nas wie, co to są te emulgatory i stabilizatory?

 

Ambiwalentne przekazy ze świata zewnętrznego

 

Jak na złość, mass media pełne są także obrazów pięknych i szczupłych ludzi. Chudość ceni się nie tylko w modelingu.

W filmach, programach telewizyjnych, teleturniejach, festiwalach, na ściankach, pokazach i w całym show-biznesie w dobrym – a właściwie obowiązującym – tonie jest bycie szczupłym, a nawet chudym.

Rzecz jasna są wyjątki, ale nieliczne. Każdy wie, że aby osiągnąć sukces, trzeba „dobrze wyglądać”. Dobrze, czyli szczupło.

 

Siedzimy więc sobie przed telewizorem, oglądamy film, w którym występują szczupli ludzie – przerywany reklamami z udziałem szczupłych ludzi. Wychodzimy do sklepu, a po drodze oglądamy billboardy z innymi szczupłymi ludźmi. Ci szczupli ludzie reklamują szampony, bieliznę, proszki do prania, tusze do rzęs, konta bankowe, a także batoniki, gazowane napoje czy hamburgery.

 

Tylko jak, do jasnej stokrotki, być szczupłym, skoro na śniadanie mam jeść płatki fitness (z ukrytymi kilkoma łyżkami cukru), na drugie śniadanie słodkiego wafelka, obiad w Macu mam popić colą, a na kolację iść na piwo?

 

Jak to zrobić, żeby w sklepie kupić ziemniaki, sałatę i rybę, skoro nie są one tak atrakcyjne, ani dla wielu osób tak smaczne, jak przesłodzone, przesolone, konserwowane, ale za to kolorowe i reklamowane przekąski? Jest to cholernie trudne!

Ja to nazywam medialną schizofrenią. W skrócie: kupuj i konsumuj, ale bądź szczupły!

 

Retoryka walki (wygrana – przegrana)

 

Zwróć uwagę, jakim językiem mówi się o szczupłym vs. mniej szczupłym ciele. Jeśli kilogramy, to zawsze „zbędne”. Wałeczki czy boczki – koniecznie trzeba „spalić”.

Z nadwagą się „walczy”, komórki tłuszczowe się „rozbija”. Tłuszcz jest naszym „wrogiem”. Z nadwagą się „wygrywa” bądź „przegrywa”.

Ta bitewna, czy wręcz wojenna, narracja sugeruje, że schudnięcie – czyli „zrzucanie”, „pozbywanie się” zbędnych kilogramów kojarzy się z czymś trudnym, nieprzyjemnym, wymagającym jakichś supermocy.

I o ile wiele osób daje radę zmobilizować się na miesiąc, dwa, zacisnąć zęby i przetrwać dietę, to często zaraz po jej zakończeniu wracamy do niezdrowych nawyków żywieniowych.

Trochę dlatego, że wiele diet jest zbyt rygorystycznych i podczas ich stosowania nie dostarczamy odpowiedniej ilości składników odżywczych albo też jemy zupełnie inne rzeczy niż na co dzień i nie da się tego kontynuować przez dłuższy czas. 

Z drugiej strony, ta narracja walki wiąże się z naszym nastawieniem na szybkie efekty. To fascynujące, że zbieramy nasz tłuszczyk, przez powiedzmy 10 lat, a następnie wierzymy w to, że skutecznie pozbędziemy się go w 3 miesiące.

Tak mówią reklamy („10 kilo w 30 dni bez efektu jo-jo”) i tak też nauczyliśmy się żyć w dzisiejszym świecie. Szybko.

Nie wiem dlaczego, ale my, dorośli, uwierzyliśmy w to, że nie mamy czasu. A jak nie mamy czasu, to przecież nie możemy być na diecie przez wiele dni. Jak nie mamy czasu, to musimy kupować gotowe dania. I tak dalej.

Zasada „wszystko albo nic” 

 

Co w tym złego, że w reklamach występują szczupli ludzie? W zasadzie nic. Otyłość nie jest zdrowa i do niej nie namawiam.

Tyle że promowanie sylwetki idealnej nie sprawia, że ludzie stają się szczuplejsi. Sprawia, że ludzie wpadają w kompleksy.

Starają się schudnąć i frustrują się tym, że to takie trudne. Z tej frustracji często sięgają po słodkie/ słone/ tłuste przekąski – pocieszają się.

Potem są na siebie wściekli, mają wyrzuty sumienia, że znowu im się nie udało i stwierdzają: „nigdy nie schudnę, nie ma sensu się męczyć”.

Gdybyśmy w taki sposób funkcjonowali w dzieciństwie, to znaczy tak szybko się poddawali po niepowodzeniu, nigdy nie nauczylibyśmy się chodzić.

A jednak wydaje nam się, że proces odchudzania i utrzymywania wagi to zjawisko „wszystko albo nic”.       

Jedna jedzeniowa „wpadka” przekreśla, według nas, całą dietę.

 

Nieadekwatne cele

 

Ponadto, w procesie odchudzania często stawiamy sobie zbyt ambitne cele. Nastawieni na szybki efekt, np. na fali noworocznych postanowień, obiecujemy sobie zrzucenie 15 kilogramów, często ignorując przy tym cały kontekst naszego życia: dotychczasowe nawyki, tryb pracy, poprzednie doświadczenia z odchudzaniem się, nawyki żywieniowe domowników i przyjaciół, dostępność zdrowego jedzenia, ilość wolnego czasu, rozkład obowiązków domowych itd.

Przez chwilę wierzymy, że jesteśmy w stanie osiągnąć zamierzony cel, bo przecież „chcieć to móc”, ale prędzej czy później (zwykle prędzej) okazuje się, że zmiana nawyków żywieniowych wymaga zmiany wielu elementów dotychczasowego życia, a to nie jest takie proste.

Pozostając w temacie celów, często dzieje się też tak, że schudnięcie jest celem samym w sobie. Schudnę na wiosnę, do bikini, na wesele. Zmieszczę się w rozmiar 36, wejdę w te piękne dżinsy, pokażę byłemu, jaka ze mnie się zrobiła laska.

Przy tego rodzaju motywacji, oczywiście możliwe jest osiągnięcie celu, tyle że efekt zwykle jest nietrwały.

Po udowodnieniu sobie, że „dałam radę”, po weselu, po wakacjach, po spotkaniu z byłym – już nie muszę się odchudzać. I ciało wraca do dawnego kształtu albo i fundujemy mu parę kilo gratis.

 

Chwiejna samoocena

 

Badania pokazują, że osoby z nadwagą oraz osoby otyłe czują się gorsze, szczególnie wśród osób, które cenią szczupłą sylwetkę i sprawność fizyczną. Uwaga – bonus: nie muszą one fizycznie przebywać wśród szczupłych, wystarczy włączyć telewizor lub wejść na Instagram.

Otyłość prowadzi często do izolacji i depresji.

 

Skoro otyłość kojarzy się ludziom negatywnie, osoby otyłe często doświadczają przykrych komentarzy                 i zachowań ze strony innych (to się zaczyna już w przedszkolu!), a w konsekwencji zaczynają unikać kontaktów z rówieśnikami. Na dłuższą metę jednak wcale to nie pomaga.

Bo skoro jestem gruby, to nic mi już nie pomoże. Bo skoro nikt mnie nie lubi, to nie wyjdę z domu. Jak nie wyjdę z domu, to będę samotny. Jak jestem samotny, pocieszę się batonikiem. I tak  w kółko.

Osoby z nadwagą mają często chwiejną samoocenę – nienawidzą swojego ciała (i siebie), gdy ważą – w ich opinii – za dużo i są przekonane, że kiedy schudną, bardziej siebie pokochają. Czyli opierają poczucie własnej wartości na wyglądzie.

 

Jeśli warunkiem samoakceptacji jest szczupły wygląd, to wchodzimy w pułapkę zasługiwania na miłość. Charakterystyczne dla tej pułapki jest to, że nie ma z niej wyjścia.

Zawsze znajdzie się ktoś szczuplejszy, zgrabniejszy, wyższy, smuklejszy, bardziej wysportowany, piękniejszy, bardziej seksowny.

A zatem osoby, które kochają siebie warunkowo, nie kochają siebie wystarczająco, tak naprawdę – nie akceptują siebie.

Nieakceptowanie siebie natomiast jest bardzo nieprzyjemnym stanem dla człowieka. My nie lubimy czuć się nieprzyjemnie, szukamy więc pocieszenia albo zapomnienia. Na przykład w jedzeniu.

 

Więcej o poczuciu własnej wartości przeczytasz tutaj.

 

Czy można coś z tym zrobić?

 

Oczywiście, ale nie będę udawała, że to łatwe, bo zwykle nie jest to kwestia nieznajomości zasad. Jeśli mamy za sobą wiele epizodów chudnięcia i tycia, warto się bardzo mocno przyjrzeć temu, co jest największą przeszkodą w osiągnięciu i utrzymaniu prawidłowej wagi .

  • Jeżeli odkryłeś/aś, że jedzenie zaspokaja którąś z Twoich ważnych potrzeb – sprawdź, w jaki inny sposób możesz ją zaspokoić.
  • Gdy jesz za dużo/niezdrowo z przyzwyczajenia, czas na zmianę nawyków. Pamiętaj, by postawić sobie realne cele i nie przekreślać procesu zmiany po jednej wpadce (ani nawet po drugiej).
  • Pomyśl, po co chcesz schudnąć. Nie „dlaczego”, tylko „po co”? Jaki inny cel osiągniesz, jeśli Twoja waga będzie w końcu prawidłowa? Co z tego będziesz mieć, jeśli będziesz lepiej wyglądać? Będziesz się bardziej lubić, lepiej czuć, a może chcesz schudnąć, bo wszyscy wokół są szczupli?         A może tak naprawdę wcale nie chcesz schudnąć?
  • Jeśli jesz za dużo, bo nie umiesz sobie inaczej radzić z silnymi emocjami i stresem, poszukaj kogoś, kto pomoże Ci zrozumieć, nazwać i kontrolować emocje.
  • Jeśli w głębi duszy nie lubisz siebie i nie wierzysz w to, że może Ci się cokolwiek udać, czeka Cię dłuższa praca – jednak jest to podróż, w którą warto się udać.

 

Kilka słów na koniec.

 

Na pewno nie są to wszystkie możliwości. Na pewno to, co napisałam, nie zawsze da się zrobić samemu.

Czasami będzie konieczna pomoc – życzliwych osób, ale i specjalistów: dietetyka (psychodietetyka), lekarza czy psychoterapeuty. Jednak zawsze warto, bo stawką jest zdrowie, dobre samopoczucie, sprawność, a czasami nawet życie.

Po latach doświadczeń z różnymi dietami nauczyłam się, że prawidłowe odżywianie się to kwestia dbania o siebie. Ale takiego prawdziwego. Dbania, przede wszystkim, o swoje zdrowie i samopoczucie, a nie o wygląd.

Wymaga to jednak wypracowania w sobie albo wydobycia z siebie głębokiego przekonania, że „jestem wart/a tego, by o siebie dbać”. „Jestem wart/a tego, by jeść zdrowe rzeczy”. „Jestem wart/a tego, by nie wrzucać w siebie śmieciowego jedzenia”.

I tego przekonania z całego serca wam życzę.

 

Inspiracje:

  • Odgen J. (2010). Psychologia odżywiania się. Od zdrowych do zaburzonych zachowań żywieniowych. Kraków, wyd. UJ., tłum. R. Andruszko
  • Ogińska-Bulik, N. (2004). Psychologia nadmiernego jedzenia. Przyczyny, konsekwencje, sposoby zmiany. Łódź, wyd. UŁ
  • ŻYCIE

 

zdjęcie: www.pexels.com

korekta tekstu: Aleksandra Lange

2 Responses

  1. Majeczka
    | Odpowiedz

    Co do diet mogę się zgodzić z tym, że żadna dieta nie będzie zbytnio skuteczna, bo to chwilowa moda. I zmiana stylu życia na zdrowy, oczyszczający dla organizmu (detoks) dopiero pomaga.
    Myślę, że powinien spróbować tego każdy – i te kobiety, które starają się schudnąć i te, które się bezskutecznie przejadają, żeby przytyć. Polecam przeczytać o jedzeniu surowych owoców, bo organizm się wtedy oczyszcza, powraca do „normy”, a co najważniejsze, sam wybiera tyle witamin, ile mu trzeba, bez obawy o hiperwitaminozę.

    • Anita Rawa-Kochanowska
      | Odpowiedz

      Dziękuję za komentarz. Nie chcę wchodzić w dywagacje na temat jedzenia surowych owoców bo nie jestem dietetykiem; bardziej chodziło mi o to, by spojrzeć na siebie z miłością i żywić się tak, jakby się żywiło osobę, której się najlepiej życzy 😉 Co nie oznacza karmienia jej pączkami ani samym mięsem ani samą surowizną… Czyli oprócz miłości także rozsądek 🙂

Leave a Reply

eight − seven =