O co chodzi z tym poczuciem własnej wartości?

with Brak komentarzy

psychowsparcie Anita Rawa-KochanowskaDlaczego piszę o poczuciu własnej wartości?

Nie wiem czy się ze mną zgodzisz, ale poczucie własnej wartości to ostatnio modny temat. Pisze się o nim w artykułach naukowych i nienaukowych, temat pojawia się na wielu blogach, różni  spece od pomocy, tacy jak psychoterapeuci czy coache ciągle powtarzają, że to takie ważne by siebie kochać, nawet w reklamach kosmetyków słyszysz „jestem tego warta”.

Skąd ta moda? Czy temat jest rzeczywiście tak ważny? I o co tu chodzi?

Tak, poczucie własnej wartości to ważny temat. Powiem dosadniej: to cholernie ważny temat. I smutna prawda jest taka, że większość z nas ma w tym temacie problemy. Tradycyjny system wychowywania dzieci nie sprzyja bowiem rozwijaniu przekonania „jestem OK taka, jaka jestem” „jestem OK taki, jaki jestem”. Tradycyjne wychowanie zawiera w sobie sporą dawkę oceniania, stawiania warunków, karania, przypominania o powinnościach – a to nie sprzyja budowaniu przekonania, że jest się osobą wartościową tak po prostu, jako jednostka ludzka. I co ciekawe, z wiekiem wcale nie musi być coraz lepiej. Ale o tym za chwilę, najpierw kilka słów porządkujących.

 

Poczucie własnej wartości, samoocena, pewność siebie, wiara w siebie, lubienie siebie… To samo czy nie to samo?

 

Moim zdaniem jednak nie to samo. Najgłębiej siedzi poczucie własnej wartości, najbardziej powierzchowna jest pewność siebie. Przynajmniej ja tak to czuję. Poczucie własnej wartości to głębokie wewnętrzne przekonanie, że jesteśmy wartościowi jako jednostka ludzka. Przekonanie, że mamy prawo do szczęścia i powodzenia oraz zasługujemy na zaspokojenie swoich potrzeb czy pragnień. Bardzo lubię te słowa Brene Brown:

Jesteśmy wartościowi już teraz. Nie kiedy czy jeśli. Jesteśmy w tej chwili warci miłości i przynależności. Właśnie teraz. Już

 

Wiele osób z pokolenia 40+ z pewną konsternacją przyjmuje teksty typu „pokochaj siebie”, ponieważ w czasach gdy byli dziećmi słyszeli raczej „nie chwal się” „nie wychylaj się” „siedź w kącie a znajdą cię’ czy „dzieci i ryby głosu nie mają”. Sama pamiętam jak w szkole podstawowej nie lubiło się dzieciaków, które za dobrze o sobie mówiły i które były przebojowe. To były po prostu „chwalipięty”, ewentualnie „zarozumialcy”.

Ten lęk przed etykietą zarozumialca potrafi skutecznie blokować rozwój osobisty czy zawodowy, a konkretnie – bardzo przeszkadza w zaprezentowaniu siebie, pokazaniu swoich talentów czy sprzedaniu swojego produktu. No bo „przecież nie będę się chwalić”.

Tymczasem poczucie własnej wartości nie ma nic wspólnego z zarozumialstwem czy chwaleniem się. Nawet powiedziałabym, że jest odwrotnie – jeśli masz głębokie przekonanie że jesteś wart/a miłości i szacunku, to nie musisz porównywać się z innymi, by udowodnić że jesteś od nich lepsza/lepszy. Wiesz, jaki/a jesteś i to jest OK.

Oczywiście wcale to nie oznacza, że siedzisz oto na sofie, patrzysz z zachwytem w lustro i rysujesz szminką serduszko wokół swojej twarzy. Poczucie własnej wartości to warunek konieczny rozwoju i doskonalenia, nie czynnik hamujący. To osoba, która nie wierzy w swoją wartość będzie się rozwijała wolniej albo szybko ale chaotycznie – by udowodnić światu że jest cokolwiek warta.

Jeśli celem jest udowodnienie, że jestem „wystarczająco dobry”, praca nie ma końca – bitwa została przegrana w dniu, w którym zgodziłem się, że ta kwestia podlega dyskusji” (Branden, s. 35)

 

Dla mnie „poczucie własnej wartości” to nie to samo co samoocena. Słowo „poczucie” podkreśla, że jest to coś głęboko osadzonego w człowieku, jakiś rdzeń, istota jego myślenia o sobie. Słowo „samoocena” kojarzy się bardziej z ocenianiem siebie w wymiarze zewnętrznych osiągnięć bądź wyglądu. Na studiach psychologicznych uczymy tego, że samoocena może być wysoka lub niska, adekwatna lub nieadekwatna, globalna lub cząstkowa. Zastanawiałam się nad metaforą – i wymyśliłam, że ogólny obraz siebie, czy przekonanie na swój temat, czy może po prostu Ja można przedstawić jako górę lodową. Jeśli obraz siebie to cała góra lodowa, to poczucie własnej wartości będzie tym, co pod powierzchnią wody, samoocena tym, co tuż nad powierzchnią. Na samym czubku najbardziej widoczna będzie pewność siebie, lekko powyżej wiary w siebie. Nie wiem, czy to trafna metafora i nie chcę, żebyś się do niej jakoś szczególnie przywiązywał/a. Chcę tylko pokazać Ci, jak ja to czuję.

Wiara w siebie jest miarą tego, do czego jesteśmy zdolni, w czym jesteśmy dobrzy. Wiara w siebie jest cechą nabytą, zewnętrzną, choć nie powierzchowną. Tak przynajmniej twierdzi Jesper Juul a ja się z nim zgadzam.

Pewność siebie dla mnie jest tożsama z przebojowością, to coś bardzo powierzchownego. Osoby nieśmiałe oczywiście zazdroszczą tym, którzy zdają się niczego nie bać i idą przez życie bez większych rozterek i wątpliwości. W rzeczywistości bywa to tylko fasada.

Ta nieco kulawa metafora góry lodowej miała Ci też pokazać, że największy obszar kryje się pod powierzchnią – i to dlatego osiąganie sukcesów, bycie lubianym czy przebojowość nie wystarczają do czucia się wartościową osobą, jeśli głęboko w środku nie czujemy się wartościowi. A nie czujemy się tacy, bo ważne osoby w naszym życiu nas odrzuciły.

Skoro definicje jako-tako ogarnięte, czas wybrać się na spacer po linie albo po linii. To linia życia.

 

Poczucie własnej wartości na linii życia

Poczucie własnej wartości, bez względu na to, czy wysokie, czy niskie, to jeden z kamieni węgielnych naszego istnienia, chociaż przez całe życie ulega przemianom. Może zmieniać się zarówno jego jakość jak i nasilenie (Juul, s.90).

 

Poczucie własnej wartości w dzieciństwie

 

Małe dzieci w sposób naturalny siebie akceptują. Jest to instynktowna i wrodzona, pierwotna samoakceptacja. Dopóki nie porównują siebie z innymi i nie zderzą się z oczekiwaniami otoczenia, nie mają pojęcia, że mogłyby siebie nie akceptować. Ta pierwotna samoakceptacja to czysta radość życia i istnienia. Dbanie o własne potrzeby i wyraźne wyrażanie tych potrzeb.

W zależności od tego, jak otoczenie reaguje na potrzeby dziecka, kształtuje się w nim poczucie bycia ważnym lub nieważnym dla kogoś. Jak już wspominałam, proces wychowania i socjalizacji pełen jest warunków stawianych dziecku: zakazów i nakazów, granic, próśb, gróźb, nagród i kar, wyrażonych wprost lub nie wprost oczekiwań. Nie chcę w tym miejscu rozpisywać się na temat wychowania (choć niewykluczone że kiedyś to zrobię). Chcę tylko podkreślić, że owa pierwotna samoakceptacja może być poprzez działania wychowawcze i stosunek do dziecka wzmocniona albo osłabiona.

Potem dziecko idzie do szkoły. Czasem z przekonaniem, że jest najwspanialsze na świecie, choć nie bardzo wiadomo dlaczego. Tam spotyka innych „najwspanialszych na świecie” i musi sobie z tym jakoś poradzić. A może wie, że jest w porządku, że jego bliscy go akceptują takim jakie jest, choć czasem się na niego złoszczą. Może być też tak, że sześcio- siedmiolatek wzrastał w środowisku, które ciągle mu komunikowało że coś z nim jest nie tak, krytykowało to, co robi, czuje i myśli – wtedy czuje się „do niczego”. Tak czy inaczej, szkolna rzeczywistość wciąga. Nauka, nauka, nauka. Oceny, najpierw w formie słoneczek, potem cyferek. Sprawdziany i kartkówki. Prace domowe. Plusiki i minusiki. Poprawki i pochwały. Świadectwa ukończenia. Kolejne cegiełki do budowli „jaki jestem”, wzmacniające poczucie własnej wartości bądź je osłabiające.

Dziesięcio- jedenastolatek ma za sobą sporo doświadczeń i sporo informacji na swój temat: czuje przez skórę, czy rodzice go akceptują czy nie, potrafi porównać swoje zdolności i umiejętności ze zdolnościami i umiejętnościami innych ludzi, zwłaszcza kolegów i koleżanek z klasy. Z grubsza wie, w czym jest dobry i czym się interesuje, z kim mu „po drodze” a z kim nie. Wie, którzy nauczyciele go lubią a którzy nie. Wie co zrobić, żeby dostać dobrą ocenę a co by uniknąć kary. I zaczyna zadawać sobie pytanie: „kim jestem?”

 

Poczucie własnej wartości w okresie dorastania

 

W wiek nastoletni można wejść z poczuciem bycia kochanym, lubianym, ważnym i zdolnym, z poczuciem bycia najpiękniejszym i najmądrzejszym na świecie albo z przekonaniem bycia odrzuconym, głupim, nieważnym (na pewno są jakieś inne opcje, ale pokazuję te najwyraźniejsze). I oczywiście niezależnie od tego, z czym się „weszło” i tak wszystko się sypie- ale zdecydowanie łatwiej sobie radzić gdy ma się mocne oparcie w sobie i w swoich bliskich. To oparcie jest potrzebne, ponieważ okres nastoletni jest trudny nie tylko z powodu hormonów, również dlatego że jest to okres przejściowy pomiędzy dzieciństwem a dorosłością. Słowa „okres przejściowy” nijak nie oddają tej huśtawki emocji, burzy uczuć, sinusoidy nastrojów, spirali zachowań.

Młody człowiek nie jest już dzieckiem, to pewne. Nie jest jeszcze dorosłym, to też pewne. Musi się więc dowiedzieć, kim do cholery jest i w którą stronę ma w swoim życiu iść.

Sprawy nie ułatwiają massmedia pokazujące popularnych „jutuberów”, idealnie pięknych celebrytek, bajecznie bogatych wokalistów czy innych nastoletnich gwiazd. A tu człowiekowi pryszcze wyskakują, włosy się przetłuszczają i w porównaniu z tymi bożyszczami jest kompletnie do dupy. Sprawy nie ułatwia grupa rówieśnicza, często okrutnie odrzucająca osobę nazbyt różniącą się od obowiązujących akurat „trendów”. Że nie wspomnę o mediach społecznościowych z całym repertuarem bodźców – lajkami, komentarzami, hejtem itp. czyli miliardem relacji i informacji zwrotnych otrzymywanych od prawdziwych i pozornych znajomych. Do tego zewsząd słychać „bądź sobą” a rodzice mówią „ja ciebie nie poznaję!”. Uff. No więc wszystko się sypie, ale zwykle jakoś się na nowo układa – tyle, że ta „budowla” nie zawsze jest stabilna.

 

Poczucie własnej wartości w okresie wyłaniającej się dorosłości

 

Liceum i studia to czas nabywania kompetencji. To czas zdecydowanie spokojniejszy hormonalnie ale też jest tu sporo obszarów do porównywania się z innymi. Na przykład w kwestii związków miłosnych: to przecież czas szukania tej „drugiej połówki pomarańczy”. Dużo tu różnych „materiałów budowlanych” poczucia własnej wartości: doświadczenia bycia osobą atrakcyjną, lubianą, pożądaną albo samotną i czy odrzuconą. Doświadczenie szczęśliwej miłości albo nieszczęśliwej. Fajnego, partnerskiego związku albo wręcz przeciwnie.

A jeśli decydujemy się na studia (wiele osób się decyduje) mamy kolejne doświadczenia: pozycja w nowej grupie rówieśniczej, zobaczenie siebie oczami nowych znajomych, radzenie sobie ze stresem egzaminacyjnym, umiejętność samodzielnego zdobywania informacji itp. Jeśli mamy sukcesy w obszarze miłosnym i sukcesy na studiach, to nasza samoocena rośnie a poczucie własnej wartości się umacnia. Tyle, że do tej pory zebraliśmy już tyle informacji na swój temat, że obraz siebie jest bardzo złożony.

 

Poczucie własnej wartości w okresie średniej dorosłości

W wiek dorosły wchodzimy z jakąś samooceną – często nie za wysoką. Zwróć uwagę, że piszę „samooceną”. Bo to jest rzeczywiście okres, w którym ten aspekt poczucia własnej wartości jest jakoś najważniejszy. To czas podejmowania decyzji dotyczących życia zawodowego i osobistego. Na podstawie tego, jak oceniamy nasze możliwości w zakresie przyswajania wiedzy, uczenia się umiejętności, stopnia pracowitości, jak duża jest nasza motywacja osiągnięć, wreszcie – co jest dla nas w pracy najważniejsze (np. satysfakcja, np. pieniądze) – wybieramy jakąś ścieżkę kariery. A w zależności od tego, jak oceniamy naszą atrakcyjność fizyczną i osobowościową, co jest dla nas w życiu ważne, czego oczekujemy od partnera – decydujemy się na samotność, małżeństwo, związek nieformalny albo poszukiwania 😉 Jeśli oceniamy siebie bardzo nisko – bierzemy pierwszą lepszą pracę i pierwszą lepszą żonę/męża (sorry za dosadność). Albo nie potrafimy podjąć żadnej decyzji.

Jeśli decydujemy się na jakąś ścieżkę zawodową i jakiś związek i nawet jeśli mamy dzieci, to wcale nie znaczy, że nasza samoocena już na zawsze będzie wysoka a poczucie własnej wartości mocno zakorzenione. Bo przecież zawsze jest okazja, by porównywać się z innymi – osiągającymi sukcesy zawodowe albo mającymi idealne dzieci. A do tego idealnie wyglądającymi na instagramie 😉

Oczywiście w obszarze zawodowym często osoby  z kilku- kilkunastoletnim doświadczeniem czują się bardziej kompetentne niż osoby młode, ponieważ są osadzone w swoich zawodowych osiągnięciach (i tak mniej więcej do pięćdziesiątki, kiedy to często zostają wyplute przez system), ale niekoniecznie się to przekłada – a właściwie najczęściej się nie przekłada – na ogólne przekonanie na swój temat.

A potem zaczynamy się starzeć. I znowu poczucie własnej wartości nam się chwieje. Niezależnie od płci. Kobiety boją się, że już nie są atrakcyjne seksualnie, że zostaną wymienione na „młodszy model”. Mężczyźni obawiają się problemów z potencją, czują że coraz mniej życia zostało, szukają różnych sposobów na to, by poczuć się kochanym, atrakcyjnym, ważnym – praca zawodowa przestaje wystarczać.

Jak widzisz, to nie jest tak, że im człowiek starszy, tym bardziej w siebie wierzy czy siebie lubi. Zależy to od tego, wśród jakich ludzi przebywa, czy dostaje od nich uznanie i akceptację, ale przede wszystkim od tego, co sam o sobie myśli.

 Po co komu wysokie poczucie własnej wartości? Wysoka samoocena? Właściwie – po wszystko 😉 Ale o tym w następnym odcinku 😉

 

Jeśli czuję się OK, to niczego nie muszę udowadniać.

Jeśli czuję się OK, to nikogo nie potrzebuję oceniać.

Jeśli czuję się OK, nie mam przymusu porównywania się z innymi. Mogę żyć swoim życiem.

 

A Ty? Czy czujesz się OK?

 

 

Zdjęcie: Ali Marel on Unsplash

Inspiracje:

Nathaniel Branden (2010). 6 filarów poczucia własnej wartości. Łódź, wyd. JK, wyd. IV

Brene Brown (2010). Dary niedoskonałości. Media Rodzina

Jesper Juul (2011) Twoje kompetentne dziecko. Wydawnictwo MiND

 

Grafika: prześwietna i niezastąpiona Lidia Golba 🙂

Leave a Reply

15 + 3 =